czwartek, 14 listopada 2013

Syberia Gasteiz, czyli zima średniowiecza

Sprawdziłam prognozę pogody - w przyszłym tygodniu spodziewana temperatura w ciągu dnia to 2 stopnie Celsjusza. Nie bez powodu mieszkańcy miasta nazywają Vitorię - Gasteriz, Syberią- Gasteiz.
A skoro za oknem  jest zimno, pochmurno i pada, to warto powspominać cieplejsze, letnie dni. I przy okazji nadrobić braki w notkach na blogu.

Pod koniec września, w Vitorii miał miejsce Market Medieval. Średniowieczny jarmark, nie bez powodu obywa się akurat w tym mieście - Vitoria może poszczycić się pięknym, zabytkowym centrum, z dobrze zachowanymi elementami zabudowy typowej dla średniowiecza.  M.in. znajduję się tutaj, jeden z niewielu w Europie średniowiecznych budynków, aktualnie zaadaptowany na restaurację.

W weekend, te ciasne, brukowane uliczki zapełniły wrzawa i harmider rodem ze średniowiecznego targu, a ubrani w stroje z epoki kupcy, zachwalali towar ze straganów.
A na targu, mydło i powidło, dosłownie. Można było spróbować baskijskich przysmaków, poszukać oryginalnych błyskotek, strojów, broni. Nie zabrakło też zamorskich przybyszów, oferujących orientalne pachnidła, wielobarwne szaty, drażniące nos przyprawy.
Zmęczeni gwarem mogli usiąść w karczmie i wychylić kufel jabłecznika. (A raczej napić się piwa stojąc przed wejściem do baru, ale chciałam wczuć się w nastrój.)

Jednym słowem, doskonała inicjatywa podkreślająca to, co miasto ma do zaoferowania. I pole do popisu dla fascynatów średniowicza i wszystkich ludzi z wyobraźnią, którzy choć na chwilę chcieli przenieść się do epoki rycerzy i smoków.







piątek, 8 listopada 2013

¡Visca el Barça!, czyli biegnij mała biegnij

Nie przepadam za wycieczkami zorganizowanymi. Wszystkiego jest za dużo, za szybko, za krótko. Lubię samotne podróże, gdy sama mogę dozować czas poświęcony poszczególnym atrakcjom i podziwiać ich walory, nie spiesząc się .
Tak zawsze mówiłam. A potem pojechałam do Barcelony.

Nie mogąc zdecydować, co jest najważniejsze, postanowiłam zobaczyć wszystko. W ciągu kolejnych dwóch dni zwiedziłam Muzeum Piccassa, Narodowe Muzeum Sztuki Katalońskiej, zobaczyłam stadion Olimpijski. Kontynuowałam też przygodę z Gaudim - park Guell znalazł się wysoko na liście moich ulubionych miejsc, nie tylko w Barcelonie.  Jest niezwykły, jakby nie był zaprojektowany przez człowieka, a jedynie odkryty, złożony z prehistorycznych roślin i skamielin. Miejsce, gdzie można spędzić nie kilka godzin, a całe tygodnie, a na które spenetrowanie miałam stanowczo zbyt mało czasu.
Po parku Guell przyszedł czas na Palau Guell, pierwszy budynek zaprojektowany przez Gaudiego, który zapoczątkował jego karierę. To twórczość artysty w pigułce, znajduje się tu po trochu wszystkich elementów, za które Gaudi jest uwielbiany. I największy plus  - możliwość zwiedzenia dachu z jedynymi w swoim rodzaju kominami.

Po szczegółowym przyjrzeniu się atrakcjom Barcelony, zapragnęłam spojrzeć na miasto z szerszej perspektywy. Najlepszym miejscem do tego celu było wzgórze Montjuic, skąd teoretycznie można podziwiać panoramę Barcelony. Teoretyczne, bo akurat wtedy, gdy ja wspięłam się na szczyt, całe wzgórze spowiła gęsta mgła. Czyli jak zwykle, gdy znajduję się w interesującym punkcie widokowym i mam nadzieję na ładne zdjęcia.

Na szczęście, aby podziwiać Magiczną Fontannę, a taki miałam plan na wieczór, słońce jest niepotrzebne, wręcz zbędne.Jest to jedna z większych atrakcji turystycznych miasta, pokaz strug wody i światła dostosowujących natężenie i kolor do rytmu muzyki, niewątpliwie warty jest zobaczenia. Podobno.
Może moje oczekiwania były zbyt wysokie, a może  to wspomnienie pokazu Krizikovej Fontanny w Pradze, ale to jeden element Barcelony, który mnie nie zachwycił.
Drugim była wioska hiszpańska, skansen, gdzie można zobaczyć tradycyjne hiszpańskie miasteczko. Miasteczko, dziwnie przypominające Mondragon o świcie, z rynkiem, zaskakująo podobnym do tego w Vitorii. Może więc zamiast zwiedza skansen, lepiej pojechać w głąb kraju i zobaczyć prawdziwe miasteczka, tym ciekawsze, bo pełne żywych mieszkańców, nie tylko sklepów z pamiątkami.

Ostatnim punktem wycieczki,  był, oczywiście, stadion Camp Nou. Miałam szczęście przyjechać do Barcelony dokładnie w terminie El Clasico, co stanowi nie lada gratkę dla każdego fana futbolu. I tylko ceny biletów, porównywane z miesięcznym czynszem za mieszkanie, powstrzymały mnie od obejrzenia zmagań Barcy z Realem na żywo. Mimo wszystko, bardziej cenię sobie wygodne łóżko niż twarde krzesełka na trybunach.
Niemniej jednak, stadion postanowiłam zobaczyć. Choćby przez krótką chwilę. Dlatego, jeśli ktoś widział blondynkę biegnącą z ciężkim plecakiem na plecach  i zegarkiem w ręku, żeby zdążyć na odjeżdżający niedługo autobus, to potwierdzam, to byłam ja. Ale zdjęcie stadionu mam .