Tak zawsze mówiłam. A potem pojechałam do Barcelony.
Nie mogąc zdecydować, co jest najważniejsze, postanowiłam zobaczyć wszystko. W ciągu kolejnych dwóch dni zwiedziłam Muzeum Piccassa, Narodowe Muzeum Sztuki Katalońskiej, zobaczyłam stadion Olimpijski. Kontynuowałam też przygodę z Gaudim - park Guell znalazł się wysoko na liście moich ulubionych miejsc, nie tylko w Barcelonie. Jest niezwykły, jakby nie był zaprojektowany przez człowieka, a jedynie odkryty, złożony z prehistorycznych roślin i skamielin. Miejsce, gdzie można spędzić nie kilka godzin, a całe tygodnie, a na które spenetrowanie miałam stanowczo zbyt mało czasu.
Po parku Guell przyszedł czas na Palau Guell, pierwszy budynek zaprojektowany przez Gaudiego, który zapoczątkował jego karierę. To twórczość artysty w pigułce, znajduje się tu po trochu wszystkich elementów, za które Gaudi jest uwielbiany. I największy plus - możliwość zwiedzenia dachu z jedynymi w swoim rodzaju kominami.
Po szczegółowym przyjrzeniu się atrakcjom Barcelony, zapragnęłam spojrzeć na miasto z szerszej perspektywy. Najlepszym miejscem do tego celu było wzgórze Montjuic, skąd teoretycznie można podziwiać panoramę Barcelony. Teoretyczne, bo akurat wtedy, gdy ja wspięłam się na szczyt, całe wzgórze spowiła gęsta mgła. Czyli jak zwykle, gdy znajduję się w interesującym punkcie widokowym i mam nadzieję na ładne zdjęcia.
Na szczęście, aby podziwiać Magiczną Fontannę, a taki miałam plan na wieczór, słońce jest niepotrzebne, wręcz zbędne.Jest to jedna z większych atrakcji turystycznych miasta, pokaz strug wody i światła dostosowujących natężenie i kolor do rytmu muzyki, niewątpliwie warty jest zobaczenia. Podobno.
Może moje oczekiwania były zbyt wysokie, a może to wspomnienie pokazu Krizikovej Fontanny w Pradze, ale to jeden element Barcelony, który mnie nie zachwycił.
Drugim była wioska hiszpańska, skansen, gdzie można zobaczyć tradycyjne hiszpańskie miasteczko. Miasteczko, dziwnie przypominające Mondragon o świcie, z rynkiem, zaskakująo podobnym do tego w Vitorii. Może więc zamiast zwiedza skansen, lepiej pojechać w głąb kraju i zobaczyć prawdziwe miasteczka, tym ciekawsze, bo pełne żywych mieszkańców, nie tylko sklepów z pamiątkami.
Ostatnim punktem wycieczki, był, oczywiście, stadion Camp Nou. Miałam szczęście przyjechać do Barcelony dokładnie w terminie El Clasico, co stanowi nie lada gratkę dla każdego fana futbolu. I tylko ceny biletów, porównywane z miesięcznym czynszem za mieszkanie, powstrzymały mnie od obejrzenia zmagań Barcy z Realem na żywo. Mimo wszystko, bardziej cenię sobie wygodne łóżko niż twarde krzesełka na trybunach.
Niemniej jednak, stadion postanowiłam zobaczyć. Choćby przez krótką chwilę. Dlatego, jeśli ktoś widział blondynkę biegnącą z ciężkim plecakiem na plecach i zegarkiem w ręku, żeby zdążyć na odjeżdżający niedługo autobus, to potwierdzam, to byłam ja. Ale zdjęcie stadionu mam .
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz