Pozostając przez chwilę w temacie jedzenia:
Znajomy z pracy właśnie wrócił z Chin. Przywiózł ze sobą trochę słodyczy, m.in. cukierki, w kolorowych sreberkach.. 'Delicioso', mówił, zachęcając do spróbowania. Pyszne karmelki okazały się mieć smak pieczonego mięsa. Co się dziwić, Chiny.
A wracając na grunt europejski.
Podróże kształcą, pod wieloma względami. Jadąc pierwszy raz do Bilbao, postawiłam na rozwój wrażliwości estetycznej. Innymi słowy, wybrałam się do muzeum sztuki współczesnej Guggenheim. Już sam budynek muzeum robi wrażenie - bryła w całości pokryta powłoką z tytanu lśni w słońcu, a futurystyczna forma wyróżnia się na tle klasycznej zabudowy miasta.
Atrakcję turystyczną stanowią ekspozycje, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz - budynek otoczony jest dziełami sztuki. Z kolei przed muzeum, można zobaczyć olbrzymiego psa o łagodnym usposobieniu, który wygląda tak kwitnąco, że stał się ulubieńcem odwiedzających - każdy chce mieć z nim zdjęcie.
Ponadto, w weekendy można w okolicy Guggenheim, spotkać ulicznych grajków, których tradycyjny repertuar stanowi dość eklektyczną mieszankę z dziełami sztuki nowoczesnej. Co ciekawe, do większości granych melodii byłam w stanie dopasować polskie słowa. Pewnie jest wytłumaczenie wspólnej etymologii sztuki baskijskiej i polskich piosenek biesiadnych czy okołowojennych, ale skąd tam się wziął hymn III LO? "Bo nie zna życia ten, kto nie był w naszej szkole...", aż chciało się dołączyć do zespołu.
W pobliżu muzeum, można spotkać nie tylko kwiatowego psiaka. Jest tam też sporo najprawdziwszych wróbli. A piszę o tym dlatego, że w Polsce już dawno ich nie widziałam, podczas gdy klika lat temu były wszędzie. Czyżby przeprowadziły się do Hiszpanii? Ale nawet jeśli wróbelki nie posiadały polskich korzeni, to nawiązała się miedzy nami nić sympatii, głównie na linii wróble - moje drugie śniadanie.
Skoro oddałam bułkę skrzydlatym krajanom, głód należało zaspokoić w inny sposób. Tutaj pomocna okazała się pobliska lodziarnia. Właściciel ma doskonałe wyczucie, pozornie zwykła porcja lodów, w formie fantazyjnej róży z płatkami uformowanymi z zimnych słodkości, wyglądała jak małe dzieło sztuki. I tu musicie mi uwierzyć na słowo, jako początkująca blogerka zapominam o robieniu fotek tego, co zdążyło mi się zjeść. Nic straconego, zawsze to pretekst by odwiedzić Bilbao jeszcze raz.

no jak tooooo, nie ma zdjęcia lodów :(:(:(
OdpowiedzUsuń