Odnoszę wrażenie, że o zapomniałam o czymś bardzo istotnym. Wycieczki, zwiedzanie, perypetie komunikacyjne, życie domowe...
No tak, jestem to już miesiąc, a wciąż nie powiedziałam czym się zajmuje. Czyli dzisiaj będzie o pracy.
Pratyki IAESTE odbywam w Product & Process Development, firmie zajmującej się m.in. opracowywaniem projektów i przeprowadzaniem symulacji MES dla rożnych gałęzi przemysłu z branży mechanicznej i elektronicznej.
Firma rozszerza działaność o rynek polski i aktualnie poszukuje kooperantów na terenie naszego kraju. Ja odpowiadam za badania rynku, wytypowanie firm do potencjanej współpracy i kontakt z klientami. Czyli zajmuję się czymś, na czym się nie znam, ale co może okazać się przydatne w przyszłości, kiedy już wreszcie zdecyduję, kim chcę zostać.
Siedziba P&PD znajduje się w Minano Technology Park, czyli strefie przemysłowej, wcale nieprzypominającej kompleksu fabryk. Futurystyczne budynki, dużo zieleni, staw z kaczkami. Nawet znaki drogowe zostały dostosowane do pierzastych lokatorów. Jedyny minus to odległość - ponad 10 km od mojego mieszkania. Trochę za daleko, żeby codziennie jeździć rowerem, zwłaszcza, że pogoda jest niepewna, a w Vitorii często pada. Pozostaje mi autobus.
No właśnie, autobusy. Jeżdzą dwa, jeden do zachoniej, drugi do wschodniej Vitorii. Dojazd do pracy nie stanowi problemu, ale już powrót do domu jest wyzwaniem, gdy oba autobusy zatrzymają się w tym samym czasie na przystanku, i co istotne, nie są w żaden sposób opisane, który zmierza w jakim kierunku. Co ciekawsze, pasażerowie dokładnie wiedzą, do którego wsiaść. Jak? Skąd? Ja rozumiem, że mamy XXI wiek, ale nie jest chyba jeszcze możliwe mentalne połączenie z kierowcą, w celu ustalenia kierunku jazdy.
Dzień pierwszy.
Szefowa, podpowiedziała mi, że w w moją okolicę, jeździ autobus różowy. Mimo wszystko postanowiłam dowiedzieć się u kierowcy, czy to prawda, i bardzo dobrze, bo oczywiście okazało się, że różowy, a jakże, jedzie w kierunku przeciwnym. Wsiadłam do szarego.
Dzień drugi,
Kolejny powrót z pracy, czekam na przystanku na swój szary autobus. Podjeżdzają... dwa różowe. Czyli wracamy do początku, zasięgam języka u kierowcy.
Dzień trzeci.
Szary i różowy, z czego wybieram różowy. I powoli mam dosyć tej loterii.
Dzień czwarty,
w którym wrezcie poszłam po rozum do głowy i przyjrzałam się kierowcom. I to był strzał w dzisiątkę, bo jakiegokolwiek koloru nie byłby autobus, kierowca jest zawsze ten sam. I nawet mnie poznaje (kierowca, nie autobus), o czym przekonałam się, gdy któregoś razu, zaczytana, o mały włos przegapiłabym swój przystanek.
Teraz tylko mam nadzieję, że kierowcy nie postanowią któregoś dnia się zamienić.
przydałaby się już nowa notka!
OdpowiedzUsuń