piątek, 27 września 2013

Afterparty, czyli drobne nieporozumienie

Za oknem 30 stopni ciepła i piękne słońce. Baskowie twierdzą, że to niespotykane jesienią i zazwyczaj, o tej porze roku, jest zwyczajnie zimno. Anomalia czy nie, niech trwa jak najdłużej, wcale się nie pogniewam.

A tymczasem, dla równowagi, będzie o deszczu.

Takie już mam szczęście, że za każdym razem, gdy wybieram się nad morze, pada. Zupełnie jakby pogoda chciała utwierdzić mnie w przekonaniu, że to słaby pomysł. Nie inaczej było, gdy postanowiłam zwiedzić San Sebastian, nadmorski (nadoceaniczny?) kurort, słynący z pięknej plaży i festiwali.

Cel wyprawy: plażowanie, a potem zabawa do rana na Afterparty Kutxa Festival.

Już rano, w Vitorii, zaczęło padać. Pełne nadziei, że jednak się rozpogodzi, ruszyłyśmy w drogę.  Niestety, miasteczko, jakkolwiek piękne by nie było, w mżawce, i przy zachmurzonym niebie, sprawiało dosyć smętne wrażenie. Zimno skutecznie odstraszało od zanurzenia, choćby stóp, w oceanie.  Mimo to, na plaży można było spotkać surferów, którzy najwidoczniej uznali, że deszcz im niestraszny, skoro i tak są mokrzy, a dobre fale należy wykorzystać.  Dla mnie i  moich towarzyszek, pozostał jedynie spacer wybrzeżem i zwiedzenie miasteczka. I festiwal, bo to on miał być główną atrakcją wyprawy.

Przeglądając festiwalową stronę w internecie,  wywnioskowałyśmy, że czeka nas impreza w stylu klubowym. Co prawda, ze względu na odległość, nie mogłyśmy ubrać się stosownie do okoliczności, uznałyśmy jednak z Andreą, że w trampkach tez możemy się dobrze bawić. Natomiast towarzysząca nam włoszka, Ornella, stanęła na wysokości zadania. Podczas gdy my próbowałyśmy, za pomocą kredki i tuszu, doprowadzić się do wyglądu, mniej więcej ludzkiego, Ornella zmieniła strój na wieczorowy, założyła szpilki, aż zazdrościłyśmy jej, że same nie wpadłyśmy na to, by zabrać zestaw imprezowiczki ze sobą.
Przynajmniej do chwili wejścia do klubu.
Pierwsze co rzuciło nam się w oczy i uszy, to ludzie, ubrani głównie na czarno, oraz muzyka, nijak nieprzypominająca tej, która zazwyczaj słyszy się w klubach. Obecność zespołu na scenie tym bardziej utwierdziła nas w przekonaniu, że niedokładnie przeczytałyśmy plan festiwalu.
Trafiłyśmy na koncert alternatywnego/indie rocka.  Afterparty, czyli koncert po koncercie. Czemu nie. Muzyka była całkiem niezła, szczególnie, że wolę takie klimaty od elektronicznych bitów. Tylko szkoda Ornelli, która  resztę wieczoru  spędziła, w zapewne bardzo wygodnych, dziesięciocentymetrowych szpilkach.

Jeden z festiwalowych zespołów:

 


















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz