środa, 18 września 2013

That´s the way it is, czyli czemu dalej mnie to dziwi?


Tak więc (nie rozpoczynając zdania od tak wiec, bo to podobno bardzo nieładnie) właściwą treść bloga rozpoczniemy od małej retrospekcji. Podobne zabiegi nie byłyby potrzebne, gdybym wylądowała w jakimkolwiek kraju, gdzie czas jest wartością samą w sobie, a terminowość uznawana jest za cnotę. (O święta naiwności, ja naprawdę wierzę, że takie miejsca istnieją) .  Ale nie o baśniowych krainach chciałam pisać, tylko o Hiszpanii.  Nie chcę generalizować, ale odnoszę wrażenie, że jedną z popularniejszych bohaterek powieściowych jest tutaj Scarlett O'Hara. I nawet jeśli nie dla wszystkich mieszkańców tego zacnego kraju, to na pewno dla właścicielki mojego mieszkania. "Pomyślę o tym jutro", brzmi znajomo? I mniej więcej w tym tonie od ponad dwóch tygodni  rozmawiamy na temat dostępu do stałego łącza internetowego. Może jutro się uda.
Na razie, radzę sobie, ni mniej, ni więcej tylko po polsku.  Wiem, w której części miasta, siedząc na ławeczce, z  jedną ręką wyciągniętą mocno przed siebie, mogę sprawdzić facebooka. Wiem, w której kawiarni mogę dostać tanią kawę i przy okazji odpisać na meile. I wreszcie wiem,  jakiego hasła dostępu do wifi, używaja studenci pobliskiego uniwersytetu, dzięki czemu, mogę korzystać ze Skypa, w prawie cywilizowanych warunkach.  Na konstruktywne pisanie bloga już zabrakło mi pomysłów.  

Wróćmy więc do początku (znowu to więc), kiedy to, jeszcze w Polsce, po uporaniu się z tysiącem rzeczy ostatecznych (tak, już można do mnie mówić pani magister), podjęłam się niemożliwego, czyli spakowania walizki. 
Pierwsze skojarzenie z Hiszpanią - upały.  Akurat.
Ja spędzę jesień w kraju Basków, gdzie pogoda zbliżona jest do polskiej. Mój CP, Diego twierdzi, że dzięki temu będę się czuła jak w domu.  Jednak ta świadomość wcale nie poprawiła mi humoru, szczególnie, gdy przyszło do spakowania. W jedną walizkę. Z uwzględnieniem zmian pogodowych od upalnego lata do chłodnej jesieni.  I mówcie co chcecie, ale ja naprawdę potrzebuję tych ośmiu par butów.
Jeszcze kilka takich wyjazdów i będę mogła profesjonalnie zajmować się pakowaniem walizek.  W końcu zmieściłam się w limicie bagażu głównego. A to, że podręczny waży o dobre 4 kg więcej niż dopuszczalny limit, to taki  drobny szczegół.

Pierwsza istotna rzecz po przyjeździe, to zapewnić sobie łączność ze światem. W tym celu zainwestowałam w hiszpański numer telefonu, co ułatwiło tylko komunikację wewnętrzną, tę hiszpańską. Przyznam szczerze, na zewnętrzną, czyli dostęp do internetu w telefonie, zwyczajnie poskąpiłam, przekonana o łatwości dostępu do sieci w zaciszu własnego mieszkania. Po tygodniowych perturbacjach, wróciłam z podkulonym ogonem do sklepu, by wymienić cenne euro na niemniej cenne gigabajty. I nie wiem co zrobiłam źle (lub dobrze, jakby nie patrzeć), ale po zawiłych tłumaczeniach w języku angielskim z elementami hiszpańskiego i dużą dozą  gestykulacji, ale aktualnie mam dostęp do internetu w telefonie i nie zapłaciłam za niego ani eurocenta.
Idąc drogą skojarzeń, po uruchomieniu internetu, należało wskrzesić Wazzupa, aby komunikacja, zarówno wewnętrza jak i zewnętrzna była możliwie małym obciążeniem dla kieszeni.  Naprawdę , ja nie muszę wszystkiego rozumieć,  ale jak to jest możliwe, że po włożeniu do polskiego smartfona, hiszpańskiej karty sim, z hiszpańskim numerem i uruchomieniu z tej  hiszpańskiej karty sim internetu, mogę korzystać ze starego konta Wazzup, gdzie przy każdej nowej rozmowie widnieje mój stary numer  telefonu z Polski?  Tzn, jest możliwe. Wiem, bo działa.  Ale dalej nie rozumiem.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz