Tak więc (nie rozpoczynając zdania od tak wiec, bo to podobno bardzo nieładnie) właściwą treść bloga rozpoczniemy od małej retrospekcji. Podobne zabiegi nie byłyby potrzebne, gdybym wylądowała w jakimkolwiek kraju, gdzie czas jest wartością samą w sobie, a terminowość uznawana jest za cnotę. (O święta naiwności, ja naprawdę wierzę, że takie miejsca istnieją) . Ale nie o baśniowych krainach chciałam pisać, tylko o Hiszpanii. Nie chcę generalizować, ale odnoszę wrażenie, że jedną z popularniejszych bohaterek powieściowych jest tutaj Scarlett O'Hara. I nawet jeśli nie dla wszystkich mieszkańców tego zacnego kraju, to na pewno dla właścicielki mojego mieszkania. "Pomyślę o tym jutro", brzmi znajomo? I mniej więcej w tym tonie od ponad dwóch tygodni rozmawiamy na temat dostępu do stałego łącza internetowego. Może jutro się uda.
Na
razie, radzę sobie, ni mniej, ni więcej tylko po polsku. Wiem, w której części miasta, siedząc na
ławeczce, z jedną ręką wyciągniętą mocno
przed siebie, mogę sprawdzić facebooka. Wiem, w której kawiarni mogę dostać
tanią kawę i przy okazji odpisać na meile. I wreszcie wiem, jakiego hasła dostępu do wifi, używaja
studenci pobliskiego uniwersytetu, dzięki czemu, mogę korzystać ze Skypa, w
prawie cywilizowanych warunkach. Na
konstruktywne pisanie bloga już zabrakło mi pomysłów.
Wróćmy
więc do początku (znowu to więc), kiedy to, jeszcze w Polsce, po uporaniu się z
tysiącem rzeczy ostatecznych (tak, już można do mnie mówić pani magister),
podjęłam się niemożliwego, czyli spakowania walizki.
Pierwsze
skojarzenie z Hiszpanią - upały. Akurat.
Ja
spędzę jesień w kraju Basków, gdzie pogoda zbliżona jest do polskiej. Mój CP,
Diego twierdzi, że dzięki temu będę się czuła jak w domu. Jednak ta świadomość wcale nie poprawiła mi
humoru, szczególnie, gdy przyszło do spakowania. W jedną walizkę. Z
uwzględnieniem zmian pogodowych od upalnego lata do chłodnej jesieni. I mówcie co chcecie, ale ja naprawdę
potrzebuję tych ośmiu par butów.
Jeszcze
kilka takich wyjazdów i będę mogła profesjonalnie zajmować się pakowaniem
walizek. W końcu zmieściłam się w
limicie bagażu głównego. A to, że podręczny waży o dobre 4 kg więcej niż
dopuszczalny limit, to taki drobny
szczegół.
Pierwsza
istotna rzecz po przyjeździe, to zapewnić sobie łączność ze światem. W tym celu
zainwestowałam w hiszpański numer telefonu, co ułatwiło tylko komunikację
wewnętrzną, tę hiszpańską. Przyznam szczerze, na zewnętrzną, czyli dostęp do
internetu w telefonie, zwyczajnie poskąpiłam, przekonana o łatwości dostępu do
sieci w zaciszu własnego mieszkania. Po tygodniowych perturbacjach, wróciłam z
podkulonym ogonem do sklepu, by wymienić cenne euro na niemniej cenne
gigabajty. I nie wiem co zrobiłam źle (lub dobrze, jakby nie patrzeć), ale po
zawiłych tłumaczeniach w języku angielskim z elementami hiszpańskiego i dużą
dozą gestykulacji, ale aktualnie mam
dostęp do internetu w telefonie i nie zapłaciłam za niego ani eurocenta.
Idąc
drogą skojarzeń, po uruchomieniu internetu, należało wskrzesić Wazzupa, aby
komunikacja, zarówno wewnętrza jak i zewnętrzna była możliwie małym obciążeniem
dla kieszeni. Naprawdę , ja nie muszę
wszystkiego rozumieć, ale jak to jest
możliwe, że po włożeniu do polskiego smartfona, hiszpańskiej karty sim, z
hiszpańskim numerem i uruchomieniu z tej
hiszpańskiej karty sim internetu, mogę korzystać ze starego konta
Wazzup, gdzie przy każdej nowej rozmowie widnieje mój stary numer telefonu z Polski? Tzn, jest możliwe. Wiem, bo działa. Ale dalej nie rozumiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz