czwartek, 19 września 2013

¿Hablas Español? czyli o domowych perypetiach



Na początek drobna rada. Jeżeli chcecie wyjechać za granicę i trafi Wam się oferta praktyk w kraju, którego językiem nie posługujecie się ani trochę, to nie róbcie tego co ja, i znajdźcie przed wyjazdem czas na przyswojenie podstaw.  Zabranie ze sobą podręcznika do hiszpańskiego i polsko-hiszpańskich rozmówek nie wystarczy, uwierzcie mi na słowo.

Moja przygoda z rzeczywistością hiszpańskojęzyczną rozpoczęła się już po przekroczeniu progu mieszkania, kiedy to powitana zostałam przez właścicielkę, potokiem słów, po hiszpańsku oczywiście.  Na tamtą chwilę, mój zasób słów hiszpańskich opierał się głównie o epizodyczną twórczość Rammstein, więc absolutnie nie nadawał się do powtórzenia publicznie.
Pozostało mi uśmiechać się i potakiwać, licząc po cichu, że wypowiadane zdania  wyrażają nic więcej jak radość z mojego przyjazdu i czekać na  boskie wybawienie z tej hiszpańskiej kabały. Przyszło z kuchni. Wybawienie. To znaczy moja nowa współlokatorka. Andrea, niemiecka studencka farmacji, aktualnie na Erasmusie, nie tylko posługuje się zarówno językiem niemieckim, angielskim jak i hiszpańskim, ale też dobrowolnie została moja tłumaczką.
Dalej poszło już lepiej, podpisałam umowę, oczywiście po hiszpańsku, wiec nie mam pewności czy przypadkiem nie zgodziłam się na dobrowolny udział w kolejnym remoncie, dostałam własny komplet kluczy,  obietnicę rychłego podłączenia internetu (sic! ) i zostałam lokatorką czteropokojowego mieszkania w północnej Vitorii.

W pierwszym tygodniu, dzieliłyśmy przestrzeń życiową tylko z Andreą. Docelowo współlokatorów miało być dwoje,  Niemka, oraz  hiszpański student z Pampeluny.
Jorge przyjechał tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego, a języka angielskiego używa z równą swobodą, jak ja hiszpańskiego. Czyli wcale. Chociaż, aktualnie szala zwycięstwa przechyla się w moją stronę, bo resztki instynktu samozachowawczego, kazały mi szybko uzupełnić braki w podstawowych hiszpańskich zwrotach komunikacyjnych i grzecznościowych.
W tych okolicznościach, życie domowe wygląda interesująco, spanglish w najgorszym wydaniu, najczęściej  ze wspomaganiem w postaci Andrei, która dzielnie  pośredniczy  w tych naszych rozmowach. Mimo wszystko, robimy komunikacyjne postępy, a prawdziwym kamieniem milowym okazała się piłka nożna. 
Gdy w mojej łamanej hiszpańszczyźnie, zakomunikowałam Jorge, że zdarza mi się obejrzeć mecz i to z własnej woli, bez żadnych środków przymusu,  poczułam jak moje akcje, jako współlokatorki, poszły w górę. Od razu zostałam wprowadzona w kalendarz najbliższych rozgrywek i zaproszona na wspólne oglądanie meczu. I wiecie co, to działa. Bo nawet jeśli nie rozumiem wszystkich wypowiadanych słów,  to po akcji na boisku jestem w stanie ocenić, co mój hiszpański kolega ma na myśli. I razem z nim cieszyć się ze zdobytych bramek. No chyba, że kibicujemy przeciwnym drużynom. I ta przeciwna drużyna wygrywa 6:1. Ale wtedy, to nawet lepiej, że mówimy w obcych językach.

Podsumowując, piłka nożna łączy ludzi, a ja, po raz pierwszy w życiu, będę naprawdę na bieżąco z wynikami Ligi Mistrzów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz