Na początek drobna rada.
Jeżeli chcecie wyjechać za granicę i trafi Wam się oferta praktyk w kraju,
którego językiem nie posługujecie się ani trochę, to nie róbcie tego co ja, i
znajdźcie przed wyjazdem czas na przyswojenie podstaw. Zabranie ze sobą podręcznika do hiszpańskiego
i polsko-hiszpańskich rozmówek nie wystarczy, uwierzcie mi na słowo.
Moja przygoda z
rzeczywistością hiszpańskojęzyczną rozpoczęła się już po przekroczeniu progu
mieszkania, kiedy to powitana zostałam przez właścicielkę, potokiem słów, po
hiszpańsku oczywiście. Na tamtą chwilę,
mój zasób słów hiszpańskich opierał się głównie o epizodyczną twórczość
Rammstein, więc absolutnie nie nadawał się do powtórzenia publicznie.
Pozostało mi uśmiechać
się i potakiwać, licząc po cichu, że wypowiadane zdania wyrażają nic więcej jak radość z mojego
przyjazdu i czekać na boskie wybawienie
z tej hiszpańskiej kabały. Przyszło z kuchni. Wybawienie. To znaczy moja nowa
współlokatorka. Andrea, niemiecka studencka farmacji, aktualnie na Erasmusie,
nie tylko posługuje się zarówno językiem niemieckim, angielskim jak i
hiszpańskim, ale też dobrowolnie została moja tłumaczką.
Dalej poszło już lepiej,
podpisałam umowę, oczywiście po hiszpańsku, wiec nie mam pewności czy
przypadkiem nie zgodziłam się na dobrowolny udział w kolejnym remoncie,
dostałam własny komplet kluczy,
obietnicę rychłego podłączenia internetu (sic! ) i zostałam lokatorką
czteropokojowego mieszkania w północnej Vitorii.
W pierwszym tygodniu,
dzieliłyśmy przestrzeń życiową tylko z Andreą. Docelowo współlokatorów miało
być dwoje, Niemka, oraz hiszpański student z Pampeluny.
Jorge przyjechał tuż
przed rozpoczęciem roku akademickiego, a języka angielskiego używa z równą
swobodą, jak ja hiszpańskiego. Czyli wcale. Chociaż, aktualnie szala zwycięstwa
przechyla się w moją stronę, bo resztki instynktu samozachowawczego, kazały mi
szybko uzupełnić braki w podstawowych hiszpańskich zwrotach komunikacyjnych i
grzecznościowych.
W tych okolicznościach,
życie domowe wygląda interesująco, spanglish w najgorszym wydaniu,
najczęściej ze wspomaganiem w postaci
Andrei, która dzielnie pośredniczy w tych naszych rozmowach. Mimo wszystko,
robimy komunikacyjne postępy, a prawdziwym kamieniem milowym okazała się piłka
nożna.
Gdy w mojej łamanej
hiszpańszczyźnie, zakomunikowałam Jorge, że zdarza mi się obejrzeć mecz i to z
własnej woli, bez żadnych środków przymusu,
poczułam jak moje akcje, jako współlokatorki, poszły w górę. Od razu zostałam
wprowadzona w kalendarz najbliższych rozgrywek i zaproszona na wspólne
oglądanie meczu. I wiecie co, to działa. Bo nawet jeśli nie rozumiem wszystkich
wypowiadanych słów, to po akcji na
boisku jestem w stanie ocenić, co mój hiszpański kolega ma na myśli. I razem z
nim cieszyć się ze zdobytych bramek. No chyba, że kibicujemy przeciwnym
drużynom. I ta przeciwna drużyna wygrywa 6:1. Ale wtedy, to nawet lepiej, że
mówimy w obcych językach.
Podsumowując, piłka nożna
łączy ludzi, a ja, po raz pierwszy w życiu, będę naprawdę na bieżąco z wynikami
Ligi Mistrzów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz