środa, 16 października 2013

Pintxo potting, czyli o jedzeniu


 Wiedziałam. Zmienił się kierowca autobusu. A ten nowy... Szarpie, trąbi na wszystkich. Teraz to wisi nade mną realna groźba, że któregoś razu nie dotrę do domu  i to wcale nie dlatego, że pomyliłam autobus. Ja się go boję.  


Na strach podobno dobrze działa odwrócenie uwagi, a tę z kolei skutecznie można zająć jedzeniem. Szczególnie próbowaniem lokalnych specjałów.  
Wszyscy, którzy mieli bądź mają coś wspólnego z Hiszpanią znają tapas. Te pochodzące od tapa, czyli przykrycie, małe przekąski, pierwotnie podawane były w celu ochrony napojów przed niespodziewanym insektem w szklance;  należało przykryć szkalnkę tapa. 

Kraj Basków, z kolei, słynie z pintxos.  To także przekąska, jednak dużo bogatsza niż tapas.  Jedynym ograniczeniem jest baskijska wyobraźnia, a tej, w tworzeniu pintxos, Baskowie mają całkiem sporo  - można skosztować pintxos w pastaci mini kanapeczek, szaszłyków z owocami morza, hiszpańskiego omletu z ziemniaków, morcilli, czyli kiełbasy w typie naszej swojskiej kaszanki, mini hamburgerów, i wielu innych.
Z tą różnorodnością , wiaże się zwyczaj pitxo pote. W  jeden wybrany dzień tygodnia, zazwyczaj w czwartki,  lokale oferują zestawy, pintxo i wybrany napój (piwo, wino, sok, co kto lubi), w bardzo atrakcyjnych cenach. W każdym z miejsc  można zjeść inne pintxos, w związku z czym, w czwartkowe wieczory, Vitoria zapełnia sie grupkami krążącymi od baru do baru, bo żeby pintxo pote było prawdziwe, należy odwiedzić przynajmniej pięć lub sześć lokali. 

I być w stanie wrócić do domu, oczywiście. Chciaż to akurat nie jest zbyt trudne, polskie i hiszpańskie pojęcie małego piwa jest całkowicie róźne.

1 komentarz: